Subscribe our Newsletters

Everyday Faith
Wyższe Seminarium Duchowne

Shrine Address

654 Ferry Road
PO Box 2049
Doylestown, PA 18901, USA

Tel. (215) 345-0600
      (215) 345-0601
      (215) 345-0607

Fax (215) 348-2148
info@czestochowa.us

Please make any donation to support The Shrine of Our Lady of Czestochowa.

Enter Amount:

Podziekowania
Wielki Post - Środa Popielcowa Print E-mail

Środa PopielcowaWszystko, co cię rani, Jego rani jeszcze głębiej
 - czas Wielkiego Postu w moim i Twoim życiu!

Środa Popielcowa -  Msza św. w języku polskim 10:00 AM

Ash Wednesday – Masses 7:30 AM, 8:00 AM, 11:30 AM and 5:00 PM in English

Wchodzę w przepaść Twej Męki. I proszę Cię, Męko Chrystusowa, pokrzep mnie. O dobry Jezu wysłuchaj mnie, w ranach Twoich ukryj mnie.” Ukryj mnie w Twoich ranach. W tych ranach jest moje zdrowie... I otwórz me oczy, otwórz me serce, abym mógł patrzeć na Twoje umęczone, dla mnie umęczone, oblicze.

Piękny jest ten zwyczaj, ten stary, polski zwyczaj, rozważania tajemnic męki Chrystusa z pomocą śpiewu Gorzkich Żali. Medytacja, która, krok po kroku prowadzi w głąb tajemnicy, do serca, do rozmowy duszy z cierpiącym Zbawcą, z Jego Współcierpiącą Matką. Rozważamy pierwszą  jej część – pierwszy etap Jezusowej wędrówki ku Jego Godzinie: od modlitwy w Ogrójcu do sądu. Wyruszamy w przepaść Męki, wyruszamy patrząc wciąż w Twarz Jezusa. W Jego Twarzy, w Jego Obliczu spróbujemy odkryć prawdę o Nim i o nas.
 

Nie ma wątpliwości. Pierwszą rzeczą, jakiej nauczył się człowiek, była ucieczka. Pierwsza „wada wrodzona” rozumnego zwierzęcia? To raczej dziwne: odwracać się plecami.

Pierwsza ucieczka miała miejsce w raju. Adam był również pierwszym „synem marnotrawnym”. Pospiesznie zapakował rzeczy, które mu „przysługiwały” – niesamowite, wspaniałe dziedzictwo, które niespodziewanie dostał – i poszedł. Zawstydzony i niecierpliwy, niespokojny i pobudzony jak wszyscy uchodźcy. Odwracał się plecami do Osoby, której obraz i podobieństwo, mimo wszystko, miał odciśnięte na swoim ciele. Odrzucał rozmowę z Bogiem. Zaniedbywał znajomość z Nim. Odrzucał Jego miłość. Dokąd szedł? Bardzo daleko... Są odległości, które można wyrazić w kilometrach i takie, które mierzy się sercem, odrzuceniem, obojętnością, nienawiścią. Tylko te są naprawdę zwrotne. Można znajdować się metr od kogoś, dotykać się łokciami, czuć oddech, a serce potrafi otworzyć bezdenną przepaść. „Odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek” (Łk 15, 13). Człowiek – ekspert od ucieczek. Człowiek – wynalazca odrzucenia. Człowiek – stwórca odległości. Człowiek – marnotrawca. Chociaż syn marnotrawny miał odwagę zrobić bilans swej ucieczki: „ja tu z głodu ginę” (Łk 15, 17). Człowiek natomiast zazwyczaj nie ma odwagi rozpakować swojego tobołka i zrobić inwentaryzacji tego, co mu pozostało, a także przyznać się do tego, co stracił. Boi się ocenić konsekwencji swojej ucieczki. Odwrócił się plecami do Stwórcy. Jest daleko od Boga, od innych, daleko przede wszystkim, od siebie. Gdzie dokładnie się znajduje? Żaden kompas, żadna mapa nie pomogą mu tego określić. „W dalekich stronach”. Lepiej nie dociekać. Lepiej o tym nie myśleć. Lepiej nie otwierać tego tobołka i nadal grać rolę wielkiego pana, kiedy jest się włóczęgą zmuszonym żebrać o wątpliwy ziemski pokarm i pochłaniać najbardziej pospolite zamienniki miłości. Zawsze znajdą się drogi, po których mogę uciekać. Zatem naprzód, bez zbytniego żalu. Lecz Ktoś nie pogodził się z ucieczką. Nie zgodził się, aby „zubożyć” Go o człowieka. Nie odsunął propozycji przyjaźni. Nie zamknął w sejfie swojej miłości. To Bóg udał się na poszukiwanie człowieka. Śledził go, tropił wytrwale, zawzięcie. Dał się zabić, a z Jego boku wypłynęła krew i woda – tak stało się to dla mnie i dla Ciebie, tak stało się to z miłości! Miłość, która jest wieczna, przeobraziła się w miłosierdzie.

Miłosierdzie to ta siła miłości, która zostaje poruszona nędzą, cierpieniem, złem, trapiącymi tych, których kochamy bardziej niż wszystko na świecie. Rodzi się ze złamanego serca. A do tej pory Serce Boga nie było zranione.

Ale miłosierdzie nie jest wieczne także w drugą stronę. Nie będzie istniało zawsze. W ostatni wieczór świata, a raczej pierwszego ranka nowego świata, przestanie istnieć. W momencie przyjścia Jezusa w chwale miłosierdzie zostanie przyćmione promieniami Jego Oblicza pełnego chwały. W momencie Jego definitywnego zwycięstwa nad całym złem, a więc nad całym cierpieniem, miłosierdzie będzie mogło powiedzieć: „Ojcze, zakończyłem Twoje dzieło! Zrealizowałem misję, którą mi powierzyłeś. Wszystko się dokonało, teraz i na wieki”.

Miłosierdzie, zrodzone o zmierzchu, w zamykającym się ogrodzie, rodzi się w środku nocy, w grocie, gdzie wreszcie otwiera utracony ogród: Betlejem!

Zrodzone w środku nocy, by rozjaśnić wszystkie nasze noce. Na skraju drogi, by przyłączyć się do nas na wszystkich naszych drogach. Zrodzone w samotności, by zamieszkać we wszystkich naszych samotnościach. W tej grocie, pośrodku nocy, Miłosierdzie otrzymuje drugie imię – Jezus. Co oznacza: miłość zbawia! Tak, nie mogąc dłużej wytrzymać, Ojciec posłał Tego, do którego był przywiązany bardziej niż do wszystkiego innego. „Aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli” (Hbr 2, 14-15).

Spójrz na Niego, jak przemierza nasze drogi „uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła” (Dz 10, 38). Nie wyrywa kąkolu, ale staje się ziarnem zasianym w sercach tych, do których Zły przychodzi by je porwać (zob. Mt 13, 19). Staje przed nim twarzą w twarz. Idzie za nim na pustynię. By ograniczyć jego władzę, zniszczyć jego dzieła, zmiażdżyć go, posłać na potępienie.

Czyż każde przebaczenie nie jest rozbłyskiem diamentu – miłosierdzia, promieniem słońca – miłosierdzia? Ale to miłosierdzie nie wystarczy. Musi pójść dalej, aż do końca tego, czym jest miłość. Miłosierdzie nie przyszło tylko po to, by do nas dołączyć, dla samej przyjemności bycia z nami. Z pewnością byłoby to wspaniałe. Nie przyszło też tylko po to, by dzielić z nami nasze cierpienia. Na pewno byłoby to wstrząsające.

Miłosierdzie przyszło, by ulżyć naszemu cierpieniu, a w końcu je usunąć. By uwolnić nas z niewoli grzechu, wyrwać z mocy samego zła, przyczyny wszystkich naszych cierpień. Dlatego musi zaatakować tyrana, przyczynę wszystkich naszych nieszczęść, we własnej osobie. Miłosierdzie będzie walczyć, gołymi rękoma, by wyrwać człowieka ze szponów ciemiężyciela. Stanie do pojedynku, staczając przerażającą walkę wręcz. Będzie walczyć, aż do ostatecznego zwycięstwa.

Miłosierdzie wyjdzie z tego boju śmiertelnie ranne, a raczej zranione na życie wieczne, ponieważ zachowa na swym chwalebnym ciele ślady walki na arenie. Zranione, ale na zawsze zwycięskie. Musi uratować miłość, czyli życie. W taki sposób Miłosierdzie przeleje swoją krew, całą swoją krew, aż do ostatniej kropli. Jego najczystsza krew oczyści zakażoną krew ludzkości. I oto Dziecię Miłosierdzia jest torturowane, skazane, a w końcu zostaje zabite.

Spójrz na ikonę Zmartwychwstania, ikonę wybawiania. Zobacz podmuch, który przenika przez Jego ciało: „Siedzieli w ciemnościach i mroku, więźniowie nędzy i żelaza (...), a On ich uwolnił od trwogi. I wyprowadził ich z ciemności i mroku, a ich kajdany pokruszył. (...) Bramy spiżowe wyłamał i skruszył żelazne wrzeciądze (...) Posłał swe słowo, aby ich uleczyć i uchronić ich życie od jamy dla nich przeznaczonej” (Ps 107, 10.13-14.16.20). Każdego po kolei chwyta za przegub: „Wyjdź!” Powstań z martwych! Będę twoim światłem! Rana mego boku uzdrowiła ranę twego serca!

Pozwolić przebaczeniu Jezusa zejść do otchłani serca to otworzyć przed Nim drzwi, do których zgubiliśmy klucze: On je pokona. To zgodzić się, by uchwyciła nas ta silna dłoń, zdolna wyrwać nas z najgorszego z piekieł, z piekła, którego jesteśmy nosicielami.

Miłosierdzie: nie jest to tylko cecha czy wymiar miłości, jeden z atrybutów Boga. To Jego Imię od czasu upadku Jego dzieci. Jego własne Imię. Bóg jest Miłosierdziem. Jego naturą jest przebaczenie. Spójrz, przecież to miłość oddziela grzech od grzesznika, wyrywa grzesznika z niewoli grzechu. Obejmuje grzesznika, niszcząc jego grzech. Przytula więźnia, ale rozrywając jego kajdany. Schodzi korytarzami śmierci, ale niosąc ostatni werdykt: ułaskawiony, zwolniony!

Miłość zstąpiła tak głęboko na dno miłości – dno agonii – że nic nie odbierze Jej tego miejsca. Miłosierdzie to Miłość, która cię ściga, idzie za tobą. Do końca, która cię kocha wbrew twej wolności. Miłość, która nigdy, przenigdy nie przestaje kochać; kocha nawet tego, który nie pozwala się kochać. Powiedz, czy Miłość może robić coś innego niż kochać, czy Miłosierdzie może robić co innego niż być miłosierdziem?

Miłosierdzie! – to słowo rodzi się nie tyle na gnoju twojej nędzy, ile na sianie i drzewie swej biedy; biedy żłóbka, biedy krzyża. Pod ciężarem miłości przyszedł nas zbawić. Nie mógł postąpić inaczej (zob. Tyt 3, 5). Gotowy wszystko oddać jeszcze raz, i jeszcze raz, nawet dziś. Ale nikt nie chce! Nikt! Jest źródło, ale nikt nie pragnie! Ludzie umierają z pragnienia o dwa kroki od źródła. Czy źródło wyschnie, jeśli nie będzie spragnionych? Najgorsze zranienie w sercu Boga: widzieć swe własne dzieci „wybijane przez wroga”, ale odrzucające ocalenie! Umierające na chodniku, ale odpychające opaskę zatrzymującą krwotok. Cierpiące na najbardziej śmiertelną odmianę raka, ale odrzucające wszelką terapię, wszelką hospitalizację. Łatwiej powiedzieć samemu koniec – czy w takim razie stałeś się już bogiem sam dla siebie?! To proste, nie jesteśmy chorzy. Nie chcemy miłosierdzia, bo nie jesteśmy w nędzy! Przebaczenie mamy gdzieś, bo grzech oczywiście, nie istnieje! Po co komu Bóg? Bardzo dobrze dajemy sobie radę sami - mówi do nas duch tego świata.

 Mamy właśnie za sobą wiek żelaza i krwi, nieprzerwana wojna ludzkości przeciw ludzkości. Ideologie zabiły miliony niewinnych. Ludobójstwa zdziesiątkowały całe narody. Kraje bogate wysysają krew krajów ubogich. Opływający w luksusy pozwalają nędzarzom umierać u swoich drzwi. Przepaść między narodami najbogatszymi i najbiedniejszymi z roku na rok zmienia się coraz bardziej w ziejącą otchłań, dzielącą ludzkość na pół. Dzieci i młodzież sprzedaje się setkami tysięcy, jak świeże mięso, i w końcu zabija je choroba AIDS. Dzieci muszą nosić broń i zabijać. Importuje się dziewczęta, za śmiesznie niską cenę, a zabierając paszporty czyni najnędzniejszymi z niewolnic. Ktoś powie, że widzę tylko zło, że nie dostrzegam dobra. To nie prawda – chodzi tylko o to by czasem spojrzeć trochę dalej, poza siebie, wyjrzeć trochę dalej niż na swoje własne podwórko i powiedzieć, że mnie to nie dotyczy. Bo może pod twoim oknem jest czysto, rosną pięknie posadzone kwiaty, ale w oknie obok ktoś płacze, ktoś umiera, ktoś jest bity, poniewierany, niezauważony, odrzucany, opluwany, może ten ktoś czeka na twój gest na twoją wyciągniętą dłoń, a może tylko na uśmiech... My żyjemy przecież na najpiękniejszym ze światów... Ludzie kradną, gwałcą, kłamią, wykorzystują innych, torturują, zazdroszczą, przeklinają, mszczą się, zabijają... Ale przecież to jest oczywiste, grzech nie istnieje! Grzech? Odbicie kolektywnej sado – masochistycznej podświadomości, która ma na celu samo – obciążenie. Brednia mająca uprzykrzyć nam życie – tak mówi świat za którym podążasz. Odrzucasz swoją rzeczywistość: nawet Bóg nic tu nie poradzi. Pozbawiasz swoje serce tego, o co On walczy. A Boga zrobiłbyś mniejszym od swojego własnego rozumu. Zaprawdę, jesteś nieszczęśliwy!  Nazywasz Go jeszcze Chrystusem, już nie masz odwagi nazwać Go po imieniu: Jezus. Uznajesz, że jest ekspertem w zakresie człowieczeństwa, ale odrzucasz Go jako jedynego eksperta w zakresie zbawienia. Uznajesz Go jako człowieka dla innych, ale odrzucasz Go jako Innego dla człowieka. Tolerujesz Go jako Pana, odrzucasz Go jako Boga z nami. Chętnie akceptujesz superguru, ale absolutnie nie pokornego sługę. W twoim życiu Bóg przeszedł niezauważony. Zaprawdę, jesteś nieszczęśliwy!

Zło, a więc i cierpienie na świecie, ma swoje źródło nie gdzie indziej, jak w grzechu. Związane jest to z tym wielkim pierwotnym pęknięciem, dzielącym świat na dwa. Nie jesteśmy w stanie odwrócić kataklizmów naturalnych, zwłaszcza śmierci, ale ogrom zła pochodzi z grzechów uczynkowych człowieka. I można ich uniknąć, a nawet lepiej można je wykorzenić. Tak jak brudne mikroby, które medycyna na koniec zwycięża, choćby były, nie wiem jak, zaraźliwe.

Masz wątpliwości? Oto dowód: wojny i ludobójstwa, niesprawiedliwości międzynarodowe – albo społeczne, korupcje, rozwody i porzucone dzieci, gwałty, zbrodnie, choroby przekazywane drogą płciową itd. – wszystko to pochodzi bezpośrednio z pychy, zazdrości, egoizmu, nienawiści, zemsty, nieczystości, pragnienia władzy, pieniędzy i wiedzy, ducha dominacji. Te grzechy, osobiste i zbiorowe, pociągają za sobą niezliczone, niewyobrażalne cierpienia. Tak, znaczna większość cierpień pochodzi od tych śmiertelnych wirusów. A zatem miłosierdzie dawane i otrzymywane jest antidotum i zarazem antyciałem odpornym na to powszechne zarażenie wirusem – grzechu.

Dlatego utopią jest marzyć o świecie pokoju, sprawiedliwości, dobroci, braterskiej przyjaźni – tak bardzo te mikroby rujnują nas od wewnątrz. Ale właśnie przebaczenie niszczy te swoiste pociski bakteriologiczne grożące naszej ludzkości zmasowanym zniszczeniem.

Przebaczenie!!! Wszystkie narody czekają na nie, nie wiedząc o tym. Czyż Apostołowie nie zostali wysłani do wszystkich narodów? Ale właściwie co mają głosić? „Odpuszczenie grzechów” (Łk 24, 47). Już Jan Chrzciciel przygotowywał na to ludzi (zob. Łk 1, 77). Miłosierdzie zakłada przebaczenie wrogom. Radykalna, absolutna nowość w historii ludzkości. Tylko Bóg może żądać czegoś równie „nieludzkiego” dla grzesznej ludzkości, ale też w pełni ludzkiego, dla ludzkości w świetle Boga.

Na ludzką ziemię przebaczenie spadło jak meteor: obcy element dla postarzałej ludzkości, zużytej z powodu niedostatku miłości. Pochodzący z całkowicie innego świata: tego, w którym wszystko jest wyłącznie miłością.

Miłosierdzie Ojca! Jedno słowo! Miłosierdzie to Jego twarz! Miłosierdzie i Ojciec: dwie rzeczywistości, których nasz świat potrzebuje, by żyć: umrze z braku miłosierdzia, z braku Ojca. Dusi się w nienawiści, braku przebaczenia, braku miłości: prawdziwej ośmiornicy, której macki oplatają go zewsząd: osąd, nieprzejednanie, twarde decyzje, okrucieństwa, egocentryczne zachowanie.

Konkurencyjny świat, w którym nie robimy sobie nawzajem prezentów, w którym trzeba zgnieść drugiego. I z braku Ojca świat zbacza, błądzi, przebiera się i umiera na chodniku w swoich dzieciach o zgaszonych oczach.
     
Przebaczyć?!

Jest oczywiste, że Bogu nie mamy co wybaczyć. Ale prawdą jest, że bardzo często mamy Mu coś za złe. Wzywamy Go na ławę oskarżonych, jak Jezus został wezwany przed Sanhedryn. Robimy z Niego kozła ofiarnego odpowiedzialnego za całe zło, które nam się dzieje, winnego wszystkich moich cierpień, na które przecież co najmniej pozwolił.

Przebaczasz Mu (jeśli wolno mi tak powiedzieć), kiedy uznajesz Go niewinnym wszystkiego zła, w tym sensie, że uświadamiasz sobie, że jest absolutnie niewinny! I że wręcz cierpi o wiele bardziej niż ty z powodu całego zła na świecie. Jest tym wstrząśnięty jak nikt inny na świecie. Dowód: wszystko co wycierpiał, by nas wyrwać złu, wyzwolić nas z jego mocy.

Wszystko, co cię rani, Jego rani jeszcze głębiej. Bez porównania. Podjął interwencję, by zniwelować szok. Został zraniony pierwszy. Wybaczasz Mu, kiedy masz odwagę powiedzieć: „Przebacz, że miałem Ci to za złe... teraz wiem, że nie Ty jesteś winny, ale Twój wróg i świata, który żyje pod jego władzą, a także ja sam, poprzez mój własny grzech”. A Bóg Ci powie: „Oddaj mi to, co myślisz, że ci odebrałem!” I pewnego dnia ten Bóg niewinny, bo nie dopuścił się zła, zapyta cię: „Przebaczasz mi, że pozwoliłem na taką próbę, by przygotować twoją chwałę”.
   
A czy umiem przebaczyć swoim „wrogom”?

Miłość nieprzyjaciół jest najwyższym znakiem ucznia Jezusa. Tym, co go odróżnia od wszystkich innych wierzących. Tylko Jezus, jak Bóg, mógł prosić o coś po ludzku  równie absurdalnego. Jezus był nie tyle realistą, iż uznał, iż faktycznie mamy (wszyscy) nieprzyjaciół. Nie powiedział naiwnie: nie macie, albo nigdy mieć nie będziecie nieprzyjaciół.

Odważył się prosić o coś absolutnie nadzwyczajnego, o co nikt nigdy nie prosił: nie tylko wybaczyć swoim nieprzyjaciołom, ale kochać ich!

To całkowicie niemożliwe dla człowieka, którego natura zraniona jest grzechem. Ale dla Boga nic nie jest niemożliwe. Czyż nie jest jednym jedynym Panem niemożliwego!?    

Wchodzę w przepaść Twej Męki. I proszę Cię, Męko Chrystusowa, pokrzep mnie. O dobry Jezu wysłuchaj mnie, w ranach Twoich ukryj mnie.” Ukryj mnie w Twoich ranach. W tych ranach jest moje zdrowie...I otwórz me oczy, otwórz me serce, abym mógł patrzeć na Twoje umęczone, dla mnie umęczone, oblicze.

O. Dominik Libiszewski OSPPE  

 

 
< Prev   Next >