|
Posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do
Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida. Ewangelia
rozpoczyna się od postaci bardzo jeszcze młodej dziewczyny z Nazaretu. Maryja
jest mieszkanką mało cenionego miasteczka. Za kilkadziesiąt lat, ludzie słysząc
o Jezusie będą się dziwić: czyż może być co dobrego z Nazaretu? Ale jednak to
właśnie miasteczko, tą właśnie dziewczynę Bóg sobie wybiera. Zna jej serce,
widzi ile w nim modlitwy, widzi jak oczekuje ona przyszłego Mesjasza; Bóg widzi
ile w niej miłości. Bo tęsknota Maryi, jest tak wielka, jej miłość jest tak
przeogromna, jej zanurzenie się w Bogu jest tak głębokie, że ta córa Izraela
stała się nosicielką oczekiwania całego swojego narodu. Oto być może pierwsze
pytanie, które powinniśmy sobie zadać, kiedy patrzymy na Maryję: "Panie
Boże, czy ja na Ciebie czekam? Czy ja w tym czasie adwentu otwieram dla Ciebie
swoje serce? Czy moja miłość do Ciebie wzrasta? Czy podjąłem jakieś
postanowienie, jako zewnętrzny znak oczekiwania serca? Czy trwam w nim? Czy
wzmagam swoją modlitwę? Jeśli moje oczekiwanie jest wciąż za małe, wznieć we
mnie pragnienie, rozpal gorliwość, wzbudź oczekiwania!...". Szczęśliwi owi
słudzy, których Pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Maryja, zwykła
dziewczyna z Izraela, nosi to w sercu i uczy nas tego.
Bądź pozdrowiona Pełna Łaski, Pan z Tobą. Pierwszą reakcją na te słowa, jak
zaświadcza Łukasz, było zmieszanie, ponieważ Maryja nie zrozumiała, co anioł
chciał Jej przez to powiedzieć: Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co
miałoby znaczyć to pozdrowienie. Pozdrowienie to wstrząsnęło Nią, gdyż słowa
anioła pozwoliły Maryi przeczuć wyjątkowe powołanie przeznaczone Jej od Boga.
Maryja nie rozumie, ponieważ jest całkowicie oddana Bogu, jest tak bardzo
zafascynowana Najwyższym, że nie ma ani czasu, ani chęci, aby zastanawiać się
nad sobą. Przyglądanie się sobie w poszukiwaniu sposobów na zrobienie jak
najlepszego wrażenia jest Jej nieznane. Ośrodkiem życia Maryi pozostaje sam
Bóg, dlatego towarzyszy Jej radość. Radość Maryi jest radością Boga, jest to
radość Boga w Niej. Bądź pozdrowiona - można też tłumaczyć jako "raduj
się". Raduj się, bo Bóg Ciebie wybrał. Raduj się, bo Bóg właśnie chce spełnić
swoje odwieczne obietnice. Raduj się, bo nadchodzi Mesjasz. Dla Maryi źródłem
radości nie był jednak beztroski optymizm, jakaś lekkoduszność, czy też
naturalne dobro. Jej radość miała swój początek wyżej i dalej niż sięga
porządek naturalny. Jezus, mówiąc o swojej radości, dał nam poznać, czym jest
radość Boża, gdyż w swym ludzkim sercu nosił jej pełnię i istotę. Serce Jezusa
odzwierciedlało radość Ojca: To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i
aby radość wasza była pełna. Wiemy również, że radość ta jest w swej istocie
czułością, miłością, szczęściem i nie mającą granic łagodnością. Serce Maryi
jest wypełnione radością Bożą. My natomiast, jeśli chcemy poznać radość Bożą,
powinniśmy zwrócić się do Chrystusa i prosić Go, aby udzielił nam swej
radości.Nigdy nie pragniemy wystarczająco radości i miłości. Na różne sposoby
zachęca się chrześcijan do radowania się, do podejmowania wysiłków, aby tylko
stać się radosnym. Ale radości się nie zdobywa. O radość żebrze się każdego
dnia od nowa, prosi się o jej cząstkę Jezusa i dopiero gdy przeniknie ona nasze
serca do głębi, opanuje nas prawdziwa radość. Radość do dna serca. Dopiero taka
radość, jest godna przyjścia Mesjasza. Taką radość winno w nas budzić przyjście
Jezusa.
Jak się jednak radować, gdy tyle trosk, problemów wokół nas? Źródłem
radości dla Maryi jest obecność Boga. Nagle odkrywa w swoim sercu obecność
miłości, dociera do Niej, że Bóg wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej i
otoczył Ją swą opieką i miłosierdziem. Głębia Jej serca została owładnięta
przez radość i pokój Boży, jednak na powierzchni nadal podlegała troskom i
zmartwieniom. Od chwili wybrania przez Boga Maryja cieszy się radością w głębi
swego serca, nawet jeśli nie widać wpływu tej radości na Jej stan zewnętrzny.
Można nawet powiedzieć, że tym właśnie charakteryzuje się spotkanie z Bogiem.
Kiedy tylko człowiek zostanie bezpośrednio dotknięty przez Boga, napełnia go
pokój i radość, ale nie ma to żadnej wartości dla doświadczenia zmysłowego.
Radość ta jest tak głęboka, że równa jest milczeniu, jest to radość
nieodczuwalna! Radość może nam towarzyszyć na poziomie wymykającym się
odczuciom, a przemawiającym jedynie w ciszy.
Jako chrześcijanie powinniśmy pójść jeszcze dalej i przyjąć, że nasza
radość znajduje swoje źródło w naszej słabości. Św. Paweł proponuje nam,
abyśmy, uświadamiając sobie własną nędzę, doświadczali potęgi Boga.
Przedstawienie Bogu naszej nędzy i ubóstwa jest jedynym sposobem spotkania się
z Nim. Paweł zachęca nas, abyśmy cieszyli się z tego, co nas zasmuca. Najchętniej
więc będę się chlubił z moich słabości aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa.
Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w niedostatkach, w uciskach z
powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny.
Czy my radujemy się w
Bogu? Co zrobiliśmy z radością zbawienia? Przecież jesteśmy ochrzczeni,
zanurzyliśmy się w śmierci i w zmartwychwstaniu Chrystusa, a zatem zbawienie
przyszło, zostało nam dane i jeżeli je przyjmiemy, będziemy zbawieni! Radość
nieustannie towarzyszyła Maryi, choć czasem była to radość bolesna.
Radość zakorzeniona w wierze, że Bóg zbawia, że Bóg tu jest. Ta radość jest
dana każdemu wierzącemu, od wieków. Zbawiciel jest z nami cały czas. A my? Jak
Go przyjmujemy: z radością czy obojętnie?... Czy nie powinniśmy być zadziwieni
każdego poranka tym, że Bóg przyszedł nas zbawić, że przyszedł zbawić świat!
Kolejny Adwent w moim życiu, kolejna
dana mi szansa na to, abym w końcu dostrzegł co naprawdę się liczy, co naprawdę
jest najważniejsze? Bóg po raz kolejny wychodzi naprzeciw człowiekowi i szuka
go z troską. Znowu pozwala się ujrzeć i zbliżyć, a jedynie ode mnie samego
zależy, czy Jego wysiłki będę uwieńczone sukcesem, czy po raz kolejny zmarnuję
daną mi szansę? Adwent to nie tylko czas oczekiwania na Boże Narodzenie, ale to
przede wszystkim czas przygotowania na przyjście Boga-Człowieka, na spotkanie
go w moim życiu. A może warto by było obudzić się z letargu i uśpienia? A może
warto by było zrobić rachunek sumienia i zobaczyć, jak to naprawdę jest z tym
moim życiem pełnym samozadowolenia i faryzejskiego uznawania się za lepszego od
innych, a jednocześnie pełnym kantów, szwindli i nieuczciwości? A może trzeba
by było poprosić: "Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił"? A może warto w końcu
wyprostować swoje ścieżki życiowe i wyrównać drogi?
Sklepy
pełne są już świątecznych i mikołajkowych prezentów, pomału rozpoczyna się
szaleństwo przedświątecznych zakupów. I szkoda, żeby znowu te cztery tygodnie
Adwentu utonęło w przedświątecznej szamotaninie i drugorzędnych przygotowaniach.
Będą przecież -w niejednej parafii- adwentowe rekolekcje, będą Msze św.
Roratnie, będą okazje do spowiedzi i do rzetelnego przygotowania się do
prawdziwego Bożego Narodzenia, a ja ... czyżbym znowu miał to przespać lub
-okazję do spotkania Boga- zaprzepaścić w szaleństwie mikołajkowych i
gwiazdkowych zakupów? I czy moim dzieciom z całych świąt ma pozostać jedynie
bardziej lub mniej tandetny prezencik pod choinką?
Panie,
obym się przygotował na dzień Twego przyjścia nie tylko zewnętrznie.
O. Dominik Libiszewski OSPPE
|