|
Dobrą Nowinę, która zbawia, można streścić w
stwierdzeniu: "Bóg jest miłością" (1 J 4,8). Pełnię znaczenia tych słów objawił
nam Jezus Chrystus. W świetle Ewangelii okazuje się, że miłość nie jest
atrybutem (cechą) Boga wśród innych atrybutów, ale wszystkie atrybuty Boga są
atrybutami miłości. Bóg jest miłością tak samo, jak jest sprawiedliwością,
świętością, mocą. To miłość jest sprawiedliwa, święta, wszechmocna. Bóg nie
jest sprawiedliwy i wszechmocny w tym sensie, że Jego miłość musi tę
wszechmocną sprawiedliwość łagodzić. On jest miłością, której nieskończona moc
prowadzi coraz dalej, aż do śmierci i do przebaczenia - jak pisze F. Varillon.
Chcąc wyrazić to fundamentalne doświadczenie wiary chrześcijanie szukali
różnych słów i określeń. Jednym z nich jest "Serce Jezusa". Wyraża ono w
symbolicznym skrócie całą istotę i tajemnicę Jezusa, prawdziwego Boga i
prawdziwego człowieka. Przez kult Serca Bożego wyrażamy zatem wiarę w Jezusa
Chrystusa, który kocha swego Ojca i nas, grzeszników. Kocha jako Bóg i jako
człowiek. Nabożeństwo do Serca Pana Jezusa stanowi swego rodzaju zwieńczenie
przeżywania tej prawdy, że Bóg jest miłością.
Z drugiej strony, Pius XII w encyklice Haurietis
aquas (1956) zauważa, iż kult Serca Bożego w pewnym sensie istnieje w
Kościele od dawna. Otóż poszczególne elementy, a zarazem istota tego
nabożeństwa, były obecne od samego początku istnienia Kościoła, choć sposób ich
wyrażania w zewnętrznych formach zmieniał się i rozwijał aż w pełni zakwitł w
XVII wieku za sprawą św. Małgorzaty Marii Alacoque. Jednym z obrazów, który
chciał ukazać tę samą, co "Serce Boże", prawdę, był w pierwotnym Kościele obraz
Pasterza z barankiem. Św. Grzegorz z Nyssy (+395) pisał: "Jak mogę nie kochać
Ciebie, który mnie kochasz tak mocno, że oddałeś życie za owce, których jesteś
pasterzem? Nie można sobie wyobrazić większej miłości od tej, że nabywasz moje
zbawienie za cenę własnego życia". Owieczka niesiona na ramionach Jezusa
oznaczała w starożytnym Kościele nie tylko pojedynczego odnalezionego
grzesznika, lecz całą naturę ludzką, całą ludzkość, którą Syn Boży w chwili
wcielenia wziął na siebie, a przez swoją śmierć i zmartwychwstanie zbawił.
Można by powiedzieć, że Dobry Pasterz jest najstarszym obrazem Serca Zbawiciela,
jaki zna ikonografia chrześcijańska.
Dalszym etapem na drodze rozwoju kultu
Serca Jezusa było nabożeństwo do Pięciu Ran Zbawiciela. Ojcowie Kościoła
zwracali szczególną uwagę na scenę przebicia boku i tłumaczyli, że z niego
narodził się Kościół i wypłynęły wszelkie łaski wysłużone na krzyżu. Pobożność
wiernych nie zatrzymywała się jednak na zewnętrznej ranie boku, ale posuwała
się dalej za śladem włóczni żołnierza i dochodziła aż do Serca, żywego symbolu
miłości. Św. Bernard (zm. 1153) wyraził tę pobożność w następujących słowach: "Żelazo przeszyło Jego duszę, dotarło aż do serca, aby odtąd współczuł z moimi
nieszczęściami. Rana ciała otwarła tajniki serca - ów wielki sakrament miłości,
wnętrze miłosierdzia naszego Boga".
Te i wiele innych doświadczeń kolejnych
pokoleń chrześcijan przygotowało objawienia miłości Serca Jezusowego, jakich
doznała św. Małgorzata Maria Alacoque. Tak zwane wielkie objawienie miało
miejsce w oktawie Bożego Ciała 1675 r. Pan ukazał wówczas świętej swoje Serce
mówiąc, że ono tak umiłowało ludzi, iż całkowicie się dla nich wyniszczyło, a w
zamian doznaje tylko zapomnienia, niewdzięczności i wzgardy. Jezus wyjawił też
św. Małgorzacie swoją wolę, aby ustanowiono specjalne święto ku czci jego Serca
w piątek po oktawie Bożego Ciała. Jednak dopiero papież Pius IX wprowadził to
święto dla całego Kościoła w 1856 roku, po tym jak Klemens XIII ustanowił je w
1756 r. jako święto partykularne na prośbę biskupów polskich i rzymskiego
Arcybractwa Serca Jezusowego. Kolejni papieże podnosili rangę tegoż święta.
Co chce nam powiedzieć uroczystość
Serca Jezusowego? Jest ono symbolem - jak już powiedzieliśmy - miłości Boga do
każdego człowieka. Spójrzmy jednak jeszcze na inne aspekty kultu Serca Pana
Jezusa. Żyjemy w świecie coraz bardziej zróżnicowanym, skomplikowanym,
zmieniającym się na naszych oczach. Jednocześnie szukamy czegoś, co sprawiłoby,
że wielorakie przejawy naszego życia ułożą się w harmonijną mozaikę. Być może
to właśnie kontemplacja Boskiego Serca pozwoli nam dostrzec jednoczące i
niezgłębione centrum tej złożonej rzeczywistości. Tym centrum jest
Bóg-człowiek, Jezus Chrystus. Kontemplowanie Serca Jezusowego może pozwolić nam
zbliżyć się do jedności, której pragniemy, aby "posklejać" i odnowić własne
życie. Nasze skołatane serce odnajduje bowiem kojącą jedność patrząc na Serce
Jezusa. Niespokojne jest nasze serce dopóki nie spocznie w Sercu Boga - można
by sparafrazować św. Augustyna.
Nabożeństwo do Serca Jezusowego uczy
nas też wyczucia tajemnicy. Ktoś powiedział, że prawdziwa religia zaczyna się
tam, gdzie jesteśmy zdolni zaakceptować tajemnicę życia z jego rozdarciem
pomiędzy pragnieniem nieskończoności a śmiercią, miłością i samotnością. To
wszystko odnajdujemy w naszym sercu, ale w stopniu najwyższym w przebitym Sercu
Jezusa. Serce jest czymś, czego nie jesteśmy w stanie do końca ogarnąć,
zrozumieć. Możemy je przyjąć, to znaczy zgodzić się na tajemnicę, inność...,
ostatecznie na tajemnicę Boga. Znaczenie naszego życia polega w gruncie rzeczy
na zobaczeniu i przyznaniu, że w naszym życiu mamy do czynienia z nieusuwalną
tajemnicą. Kto nie przyjmuje w miłości i nadziei tej tajemnicy, ten nie zna
Boga. Kontemplowanie Serca Jezusowego może nas wprowadzić w powierzenie naszego
jestestwa Tajemnicy, która jest niepojętą Miłością.
Patrzmy zatem na obraz Serca Pana
Jezusa i pytajmy go: Kochasz mnie? I wsłuchujmy się w odpowiedź, która - jako
wszechogarniająca tajemnica - przyszła do nas właśnie poprzez Najświętsze Serce
Jezusa.
W naszej codzienności szukamy raczej,
jak być silnym i pewnym siebie. Stawiamy na tych, którzy nie ustępują, nie
poddają się, umieją walczyć o swoje. Mamy szacunek dla mocnych i podziwiamy
ludzi sukcesu. Cichych i pokornych uważamy za fajtłapów i niedorajdów
życiowych. Bezkrytyczna i ślepa gloryfikacja człowieka mocnego, cywilizacja
sukcesu stworzyła model współczesnego supermana. Model współczesnego człowieka,
to ktoś pewny siebie - nazywamy go wtedy "asertywnym", to człowiek liczący na
własne siły - mówimy, że jest zdecydowany, człowiek który wszystko wie, a
przynajmniej robi wrażenie, że wie wszystko - mówimy wtedy, że jest
wykształcony i obyty w świecie. A najczęściej jest to też człowiek wrzaskliwy,
zwracający uwagę tylko na siebie i w końcu pełen pychy. Świat współczesny ma
mnóstwo takich idolów, a środki masowego przekazu co rusz podsuwają nam nowe
wzorce. Piękne, eleganckie, przebiegłe i drapieżne kobiety. Dobrze ubrani i
zaradni, zdecydowani panowie, aktorzy, sportowcy, podróżnicy, biznesmeni,
politycy .... Cała gama wzorców, mocnych ludzi, supermanów, ludzi sukcesu.
A ja oglądając takie medialne idole,
zastanawiam się: "Jak Chrystus czułby się wśród nich? Jak oni przyjęliby słowa
Chrystusa: «Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem»?"
Popatrzyliby na Niego z politowaniem, uśmiechnęli się lekceważąco i pewno -
tak, jak Grecy Pawłowi na Areopagu - odpowiedzieliby z pobłażaniem: "Posłuchamy
Cię innym razem."
Ludzie cisi, pokorni, nie rzucający się
w oczy, czasami niezdecydowani lub zakłopotani to dla nas ciamajdy, fajtłapy,
nieudacznicy, życiowe niedorajdy. Pogardzamy nimi, nie mamy do nich szacunku,
nie mamy do nich ani zaufania, ani nie liczymy na nich, bo są za słabi, głupi,
prości, niepozbierani, niezaradni. Patrzymy na nich z pobłażaniem i
politowaniem, uśmiechamy się ironicznie i drwiąco ... Nie są ani eleganccy, ani
dobrze i gustownie ubrani, nie skrapiają się drogimi perfumami i nie spędzają
całych dni i nocy "na robieniu biznesu". Nie należą do elity, nie mają mocnych
pleców i wpływowych znajomych. W świecie i cywilizacji sukcesu po prostu się
nie liczą.
A ja spotykając takich ludzi,
zastanawiam się: "Jak Chrystus czułby się wśród nich? Jak oni przyjęliby sława
Chrystusa: «Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem»?"
Popatrzyliby na Niego z miłością, uśmiechnęli się ze zrozumieniem i radością, i
pewno -jak Zacheusz i celnik - odpowiedzieliby pokornie: "Panie nie jestem
godzien".
Czy wobec tego co powyżej, można
powiedzieć, że chrześcijaństwo to smutna religia słabych prostaczków,
nieokrzesanych fajtłapów i życiowych nieudaczników?
A przecież "Bóg wybrał właśnie to, co
głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby
mocnych poniżyć ..." (1Kor 1:27).
Proszę Cię więc Panie ... "Uczyń serca nasze
według Serca Twego". Nie pozwól mi być zarozumiałym i pewnym siebie, uchroń
mnie od pychy i samozadowolenia.
O. Dominik Libiszewski OSPPE
|