Subscribe our Newsletters

Everyday Faith
Wyższe Seminarium Duchowne

Shrine Address

654 Ferry Road
PO Box 2049
Doylestown, PA 18901, USA

Tel. (215) 345-0600
      (215) 345-0601
      (215) 345-0607

Fax (215) 348-2148
info@czestochowa.us

Please make any donation to support The Shrine of Our Lady of Czestochowa.

Enter Amount:

Podziekowania
Niedziela Palmowa Print E-mail

Niedziela Palmowa Jezus zaprasza Cię do wejścia na Golgotę... co Ty na to?

Jak trudno jest czasem wierzyć! Trudno uwierzyć, że „wiara góry przenosi". Chciałoby się wszystkiego dotknąć, każdą rzecz sprawdzić, zmierzyć, obliczyć, zobaczyć. Co więc zrobić, gdy się nie da?

W dzisiejszym świecie można żyć nie wierząc. I wielu ludzi tak właśnie żyje. Czasem tylko dlatego, że się gdzieś w życiu pogubili. Bywa, że niektórzy są dumni ze swojej niewiary, a nawet niekiedy mówią, że w taki sposób są szczęśliwi. Ale być niewierzącym, to pozbawić się szansy na zrozumienie wszystkich praw życia i śmierci, także tych nieracjonalnych. Być niewierzącym to znaczy odrzucić świat ducha i istnienie Boga, a przez to zawęzić perspektywę swej egzystencji do świata rzeczy materialnych. Być niewierzącym to pozbawić się wizji życia wiecznego i ograniczyć swój świat do tego, co dzieje się na ziemi. Być niewierzącym to zrzec się części swojej wolności, którą człowiek otrzymał od Boga, by odkrywać pełny sens i cel swojej egzystencji. Zamykając się na wieczność człowiek zamyka się na łaskę zbawienia. Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę (Ef 2, 8). Trzeba więc uwierzyć, aby żyć. Trzeba uwierzyć w Niego, by móc zaufać, że można żyć szczęśliwie i bez końca. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego (J 3, 18).

Uwierzyć, to otworzyć się na światło, ratować się z ciemności i mroku zła, grzechu, nienawiści czy zwątpienia. Wierzyć to iść nieustannie w stronę życia, w stronę światła, w stronę nadziei. Wierzyć to iść w stronę Boga, który jest miłością. Cóż jednak, skoro światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki (J 3, 19). Dlaczego człowiek woli żyć w ciemności, dlaczego popełnia oddalające go od Boga zło, zamiast czynić dobro? Być może dlatego, że w ciemności nie widać całej rzeczywistości. Można więc ukryć grzech i słabość i żyć w iluzji, że grzech nie jest zły, a słabość jest nieprawdziwa. Można próbować ukryć się przed innymi i przed samym sobą. Ale przez ukrycie siebie i swej słabości, nie można jej przezwyciężyć. Można się oszukiwać, że zło nie jest złem. Można nawet o tym głośno mówić i pisać. Niektórzy próbują nawet zło nazwać dobrem lub normalnością. Ale zło, nawet ukryte w ciemności i niewidoczne, zawsze pozostanie złem, a człowiek w swoim sumieniu kiedyś i tak będzie musiał się z nim zmierzyć.

Uwierzyć w Jezusa, w Jego siłę miłosierdzia i przebaczenia, to początek przemiany w życiu człowieka. Bóg może nas zmienić, oczyścić, umocnić, dać sens i inną perspektywę na dalsze nasze życie: tu na ziemi i w wieczności. On chce, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne (J 3, 15). Uwierz Mu zatem i otwórz się na szansę, którą On po raz kolejny Tobie daje w tym szczególnym czasie Wielkiego Postu. U progu tego Wielkiego Tygodnia On może Cię dotknąć, uzdrowić, dać nadzieję i sens. Tylko On! Trzeba tylko Mu uwierzyć...

Przechodząc obok wielu miejsc natknąć się można na krzyże. Są różne: drewniane albo metalowe, pomalowane i zardzewiałe. Stoją na rozdrożach, na szczytach gór, wiszą w kościołach i na ścianach wielu naszych mieszkań czy miejsc pracy. Ale nosimy je także wewnątrz naszych serc. I to te właśnie są najcięższe do uniesienia.

W Wielkim Tygodniu, który właśnie rozpoczynamy będziemy przemierzać z Jezusem drogę na Golgotę. Będziemy kontemplować wydarzenia, które zmieniły logikę świata. W naszej kontemplacji wpierw wejdziemy do Wieczernika, patrząc i ucząc się od Boga postawy służby i pokory. To Jezus, Pan całego stworzenia, pochylił się przed człowiekiem, by umyć mu nogi, jak sługa swemu panu. Chciał, byśmy i my pochylili się nad naszymi braćmi i siostrami ucząc się od Niego prostoty i głębi służby. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem (J13, 14-15). Tylko w geście pokory mogła narodzić się Eucharystia. Tylko w prostocie i czystości serca Pan mógł dać nam swoje Ciało i Krew. Dał siebie w nasze ludzkie, słabe ręce, które zdolne są do czynienia rzeczy wielkich i dobrych, ale także złych i grzesznych. Bóg wydał siebie w ręce człowieka, który przez wieki na ołtarzach całego świata konsekruje chleb i wino. Ileż Pan musiał mieć pokory, by powiedzieć: To czyńcie na moją pamiątkę (Łk 22,19).

Idąc dalej drogą kontemplacji z Jezusem przejdziemy przez pałace władców ówczesnego świata, którzy przekonani o sile swojej władzy nie rozpoznali wchodzącej do nich Świętości. Świętość stała tuż koło nich, w prostocie i pokorze, ale oni nie tak ją sobie wyobrażali. Człowiek bowiem sam wykreował swój obraz doskonałości, który tak często daleki jest od obrazu danego nam przez Boga. I człowiek uwierzył w ten ideał, który, sam sobie stworzył. Tymczasem Jezus uczył czegoś innego. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (Flp 2, 6-7). Droga kontemplacji z Jezusem prowadzi dalej przez wąskie ulice Jerozolimy: Jezus niesie na ramionach krzyż. Krzyż ciężki, bo nasączony winami pokoleń całej ludzkości. Niesie go sam, bez zbędnych słów, będąc u kresu fizycznej wytrzymałości. Czyżby nikt nie mógł mu pomóc? Znieczulica, strach, niemoc? Dlaczego, mając tylu przyjaciół i czyniąc przez całe życie tyle dobra innym, w tym bolesnym momencie został sam? Droga krzyżowa Pana Jezusa prowadzi na Golgotę. Tam Jezus odszedł do domu Ojca. Był na to spotkanie przygotowany. Wiedział, że wypełnił swoją ziemską misję i powołanie. Gdyby zrobił cokolwiek innego, nawet wielkiego, nie byłby posłuszny swemu Ojcu. Zawisł na krzyżu, patrząc z niego na tych, których umiłował do końca. Umiłować do końca, to nie zostawić dla siebie nic. Absolutnie nic! Jezus, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej (Flp 2, 7-8). Kontemplujmy tę scenę bardzo często. Patrzmy na krzyż. I u końca tych rekolekcji, patrząc na Chrystusa rozpiętego na krzyżu, zadajmy sobie fundamentalne pytania: co uczyniłem dla Chrystusa, co czynię dla Chrystusa i co powinienem uczynić dla Chrystusa? Panie,
daj mi siłę, bym uwierzył w Twoje prowadzenie, daj mi światło, bym nie zagubił się w ciemności, daj mi odwagę, bym do Ciebie wrócił, daj mi pokorę, bym stanął w prawdzie wobec siebie. I w końcu, Panie, proszę, daj mi nadzieje i ufność, że po nocy krzyża przychodzi poranek zmartwychwstani
a.

Tam, gdzie stawia się krzyż, powstaje znak, że dotarła już Dobra Nowina o zbawieniu człowieka przez Miłość.

(Papież Jan Paweł II)

W naszej kulturze krzyż utożsamił się z wiarą w Chrystusa. Kto się żegna, ten wyznaje swą wiarę. Dla nas krzyż nie jest amuletem, który przynosi szczę­ście, ani ozdobą. Bo tylko dzięki śmierci Pana Jezusa na krzyżu Bóg darował nam wszystkie występki. Wiedzy krzyża nie można zdobyć, dopóki nie czuje się krzyża spoczywają­cego na własnych ramionach - powtarzała bardzo często św. Edyta Stein. Od cierpienia ucieczki nie ma. Pozostaje jedynie nauka, jak cierpienie znosić, by było owocne dla nas. Skoro Chrystus użył cierpienia do odkupienia świata, to tym samym dał przykład, jak należy cierpienie znosić. Ty, Panie niebios, uniżyłeś się tak bardzo, bo obarczyłeś się moim cierpieniem. Dźwigałeś moje boleści, brzemię mojej winy Ty jesteś bez winy, czysty i bez żadnej skazy, ale wziąłeś na siebie grzech świata; mój grzech, moją słabość. Ponosisz karę za moje winy; karę, która słusznie by się mi należała za moje upadki i grzechy. Cierpisz za mnie i dla mnie. Ty jesteś przebity za moje grzechy. Trzymają Cię, Panie, nie gwoździe przeszywające ręce i nogi, ale mój grzech. Jesteś zdruzgotany za moje winy, dla mnie. Biczują Cię do nieprzytomności, ale jest to chłosta zbawienna dla mnie. W Twoich ranach jest moje zdrowie. W Twoich ranach jest moje uleczenie, moje wybawienie. Przecież, Panie, pobłądziłem. Przecież tyle razy od Ciebie odchodzę, zwracam się ku swojej drodze, tyle razy wydaje mi się, że ja wiem lepiej, że jednak Ty, Panie chyba się pomyliłeś. Ja odchodzę, a Ty przyjmujesz na siebie moją winę, cały jej ciężar, pozwalając mi odejść. Dręczą Cię, Panie, ale Ty to wszystko przyjmujesz w cichości, w pokorze z pełnym spokojem. Nie otwierasz nawet ust swoich. Przecież Ty dobrze wiesz, że oddajesz swoje życie z miłości. Oddajesz je dobrowolnie. Jedną swoją myślą, jednym drgnieniem swej woli mógłbyś wszystko to zmienić, zgładzić swych prześladowców, ale jednak z miłości do mnie oddajesz swoje życie. Nikt Ci go nie zabiera, Ty sam je oddajesz w ręce Ojca jako ofiarę. Przychodzisz na świat posłuszny Ojcu aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Wyrzekasz się wszystkiego aby pełnić wolę Ojca. Pismo święte mówi: "Po udręce i sądzie został usunięty; a kto się przejmuje Jego losem." Przecież Ty zostałeś zbity na śmierć dla mojego uzdrowienia, dla mojego wybawienia! Chcę Ci podziękować Panie. Podziękować za twoją nieogarnioną miłość, za bezmiar Twego miłosierdzia, dla mnie, słabego człowieka...

O. Dominik Libiszewski OSPPE

 

 
< Prev   Next >