|
Jezus zaprasza Cię do wejścia na Golgotę... co Ty
na to?
Jak
trudno jest czasem wierzyć! Trudno uwierzyć, że „wiara góry przenosi".
Chciałoby się wszystkiego dotknąć, każdą rzecz sprawdzić, zmierzyć, obliczyć,
zobaczyć. Co więc zrobić, gdy się nie da?
W dzisiejszym świecie można żyć nie
wierząc. I wielu ludzi tak właśnie żyje. Czasem tylko dlatego, że się
gdzieś w życiu pogubili. Bywa, że niektórzy są dumni ze swojej niewiary,
a nawet niekiedy mówią, że w taki sposób są szczęśliwi. Ale być
niewierzącym, to pozbawić się szansy na zrozumienie wszystkich praw życia
i śmierci, także tych nieracjonalnych. Być niewierzącym to znaczy odrzucić
świat ducha i istnienie Boga, a przez to zawęzić perspektywę swej
egzystencji do świata rzeczy materialnych. Być niewierzącym to pozbawić się
wizji życia wiecznego i ograniczyć swój świat do tego, co dzieje się na
ziemi. Być niewierzącym to zrzec się części swojej wolności, którą człowiek
otrzymał od Boga, by odkrywać pełny sens i cel swojej egzystencji.
Zamykając się na wieczność człowiek zamyka się na łaskę zbawienia. Łaską
bowiem jesteście zbawieni przez wiarę (Ef 2, 8). Trzeba więc uwierzyć, aby
żyć. Trzeba uwierzyć w Niego, by móc zaufać, że można żyć szczęśliwie
i bez końca. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto
nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego
Syna Bożego (J 3, 18).
Uwierzyć, to otworzyć się na
światło, ratować się z ciemności i mroku zła, grzechu, nienawiści czy
zwątpienia. Wierzyć to iść nieustannie w stronę życia, w stronę
światła, w stronę nadziei. Wierzyć to iść w stronę Boga, który
jest miłością. Cóż jednak, skoro światło przyszło na świat, lecz ludzie
bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki (J 3,
19). Dlaczego człowiek woli żyć w ciemności, dlaczego popełnia oddalające
go od Boga zło, zamiast czynić dobro? Być może dlatego, że w ciemności nie
widać całej rzeczywistości. Można więc ukryć grzech i słabość i żyć
w iluzji, że grzech nie jest zły, a słabość jest nieprawdziwa. Można
próbować ukryć się przed innymi i przed samym sobą. Ale przez ukrycie
siebie i swej słabości, nie można jej przezwyciężyć. Można się oszukiwać,
że zło nie jest złem. Można nawet o tym głośno mówić i pisać.
Niektórzy próbują nawet zło nazwać dobrem lub normalnością. Ale zło, nawet
ukryte w ciemności i niewidoczne, zawsze pozostanie złem,
a człowiek w swoim sumieniu kiedyś i tak będzie musiał się
z nim zmierzyć.
Uwierzyć w Jezusa, w Jego
siłę miłosierdzia i przebaczenia, to początek przemiany w życiu
człowieka. Bóg może nas zmienić, oczyścić, umocnić, dać sens i inną
perspektywę na dalsze nasze życie: tu na ziemi i w wieczności. On chce, aby
każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne (J 3, 15). Uwierz Mu
zatem i otwórz się na szansę, którą On po raz kolejny Tobie daje
w tym szczególnym czasie Wielkiego Postu. U progu tego Wielkiego Tygodnia On
może Cię dotknąć, uzdrowić, dać nadzieję i sens. Tylko On! Trzeba tylko Mu
uwierzyć...
Przechodząc
obok wielu miejsc natknąć się można na krzyże. Są różne: drewniane albo metalowe,
pomalowane i zardzewiałe. Stoją na rozdrożach, na szczytach gór, wiszą
w kościołach i na ścianach wielu naszych mieszkań czy miejsc pracy.
Ale nosimy je także wewnątrz naszych serc. I to te właśnie są najcięższe
do uniesienia.
W
Wielkim Tygodniu, który właśnie rozpoczynamy będziemy przemierzać
z Jezusem drogę na Golgotę. Będziemy kontemplować wydarzenia, które
zmieniły logikę świata. W naszej kontemplacji wpierw wejdziemy do
Wieczernika, patrząc i ucząc się od Boga postawy służby i pokory. To
Jezus, Pan całego stworzenia, pochylił się przed człowiekiem, by umyć mu nogi,
jak sługa swemu panu. Chciał, byśmy i my pochylili się nad naszymi braćmi
i siostrami ucząc się od Niego prostoty i głębi służby. Jeżeli
więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie
nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili,
jak Ja wam uczyniłem (J13, 14-15). Tylko w geście pokory mogła
narodzić się Eucharystia. Tylko w prostocie i czystości serca Pan
mógł dać nam swoje Ciało i Krew. Dał siebie w nasze ludzkie, słabe
ręce, które zdolne są do czynienia rzeczy wielkich i dobrych, ale także
złych i grzesznych. Bóg wydał siebie w ręce człowieka, który przez
wieki na ołtarzach całego świata konsekruje chleb i wino. Ileż Pan musiał
mieć pokory, by powiedzieć: To czyńcie na moją pamiątkę (Łk 22,19).
Idąc
dalej drogą kontemplacji z Jezusem przejdziemy przez pałace władców
ówczesnego świata, którzy przekonani o sile swojej władzy nie rozpoznali
wchodzącej do nich Świętości. Świętość stała tuż koło nich, w prostocie
i pokorze, ale oni nie tak ją sobie wyobrażali. Człowiek bowiem sam
wykreował swój obraz doskonałości, który tak często daleki jest od obrazu danego
nam przez Boga. I człowiek uwierzył w ten ideał, który, sam sobie
stworzył. Tymczasem Jezus uczył czegoś innego. On, istniejąc w postaci
Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz
ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (Flp 2, 6-7). Droga
kontemplacji z Jezusem prowadzi dalej przez wąskie ulice Jerozolimy: Jezus
niesie na ramionach krzyż. Krzyż ciężki, bo nasączony winami pokoleń całej
ludzkości. Niesie go sam, bez zbędnych słów, będąc u kresu fizycznej wytrzymałości.
Czyżby nikt nie mógł mu pomóc? Znieczulica, strach, niemoc? Dlaczego, mając
tylu przyjaciół i czyniąc przez całe życie tyle dobra innym, w tym
bolesnym momencie został sam? Droga krzyżowa Pana Jezusa prowadzi na Golgotę.
Tam Jezus odszedł do domu Ojca. Był na to spotkanie przygotowany. Wiedział, że
wypełnił swoją ziemską misję i powołanie. Gdyby zrobił cokolwiek innego,
nawet wielkiego, nie byłby posłuszny swemu Ojcu. Zawisł na krzyżu, patrząc
z niego na tych, których umiłował do końca. Umiłować do końca, to nie
zostawić dla siebie nic. Absolutnie nic! Jezus, uznany za człowieka, uniżył
samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci
krzyżowej (Flp 2, 7-8). Kontemplujmy tę scenę bardzo często. Patrzmy na
krzyż. I u końca tych rekolekcji, patrząc na Chrystusa rozpiętego na
krzyżu, zadajmy sobie fundamentalne pytania: co uczyniłem dla Chrystusa, co
czynię dla Chrystusa i co powinienem uczynić dla Chrystusa? Panie,
daj mi siłę, bym uwierzył w Twoje prowadzenie, daj mi światło, bym nie
zagubił się w ciemności, daj mi odwagę, bym do Ciebie wrócił, daj mi
pokorę, bym stanął w prawdzie wobec siebie. I w końcu, Panie, proszę,
daj mi nadzieje i ufność, że po nocy krzyża przychodzi poranek
zmartwychwstania.
Tam, gdzie stawia się
krzyż, powstaje znak, że dotarła już Dobra Nowina o zbawieniu człowieka przez
Miłość.
(Papież Jan Paweł II)
W naszej kulturze krzyż
utożsamił się z wiarą w Chrystusa. Kto się żegna, ten wyznaje swą wiarę. Dla
nas krzyż nie jest amuletem, który przynosi szczęście, ani ozdobą. Bo tylko dzięki
śmierci Pana Jezusa na krzyżu Bóg darował nam wszystkie występki. Wiedzy
krzyża nie można zdobyć, dopóki nie czuje się krzyża spoczywającego na
własnych ramionach - powtarzała bardzo często św. Edyta Stein. Od
cierpienia ucieczki nie ma. Pozostaje jedynie nauka, jak cierpienie znosić, by
było owocne dla nas. Skoro Chrystus użył cierpienia do odkupienia świata, to
tym samym dał przykład, jak należy cierpienie znosić. Ty,
Panie niebios, uniżyłeś się tak bardzo, bo obarczyłeś się moim cierpieniem. Dźwigałeś
moje boleści, brzemię mojej winy Ty jesteś bez winy, czysty i bez żadnej skazy,
ale wziąłeś na siebie grzech świata; mój grzech, moją słabość. Ponosisz karę za
moje winy; karę, która słusznie by się mi należała za moje upadki i grzechy.
Cierpisz za mnie i dla mnie. Ty jesteś przebity za moje grzechy. Trzymają Cię,
Panie, nie gwoździe przeszywające ręce i nogi, ale mój grzech. Jesteś
zdruzgotany za moje winy, dla mnie. Biczują Cię do nieprzytomności, ale jest to
chłosta zbawienna dla mnie. W Twoich ranach jest moje zdrowie. W Twoich ranach
jest moje uleczenie, moje wybawienie. Przecież, Panie, pobłądziłem. Przecież
tyle razy od Ciebie odchodzę, zwracam się ku swojej drodze, tyle razy wydaje mi
się, że ja wiem lepiej, że jednak Ty, Panie chyba się pomyliłeś. Ja odchodzę, a
Ty przyjmujesz na siebie moją winę, cały jej ciężar, pozwalając mi odejść. Dręczą
Cię, Panie, ale Ty to wszystko przyjmujesz w cichości, w pokorze z pełnym
spokojem. Nie otwierasz nawet ust swoich. Przecież Ty dobrze wiesz, że oddajesz
swoje życie z miłości. Oddajesz je dobrowolnie. Jedną swoją myślą, jednym
drgnieniem swej woli mógłbyś wszystko to zmienić, zgładzić swych prześladowców,
ale jednak z miłości do mnie oddajesz swoje życie. Nikt Ci go nie zabiera, Ty
sam je oddajesz w ręce Ojca jako ofiarę. Przychodzisz na świat posłuszny Ojcu
aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Wyrzekasz się wszystkiego aby pełnić
wolę Ojca. Pismo święte mówi: "Po udręce i sądzie został usunięty; a kto
się przejmuje Jego losem." Przecież Ty zostałeś zbity na śmierć dla mojego
uzdrowienia, dla mojego wybawienia! Chcę Ci podziękować Panie. Podziękować za
twoją nieogarnioną miłość, za bezmiar Twego miłosierdzia, dla mnie, słabego
człowieka...
O. Dominik Libiszewski OSPPE
|