|
Są dwa podejścia do życia religijnego. W pierwszym człowiek uważa, że Bóg powinien mu służyć. Ile razy zatem napotyka trudności, jak cierpienie, kłopoty, nieporozumienia, pędzi do Boga, by mu te przeszkody usunął. Przecież On wszystko może, On jest od tego, by pomagał, a pomagać to według człowieka nic innego, jak ułatwiać życie. Wbrew pozorom tego typu ludzi jest bardzo dużo. Traktują Boga jako instytucję ubezpieczeniową, jako straż pożarną, gotową pędzić z pomocą na każdy alarm, jako pogotowie ratunkowe, którego obowiązkiem jest owijanie każdego skaleczonego palca. Rzecz jasna, takie podejście do Boga nie ma nic wspólnego z duchem Ewangelii.
Świadczy o tym ogromna ilość ludzi załamujących się, gdy Bóg na ich wołanie nie odpowiada i nie usuwa przeszkody z ich drogi. Modliłem się, prosiłem, a On milczał. Już Go więcej o nic nie poproszę. Pretensje do Boga, że nie usłużył człowiekowi. Pan Bóg wcale nie zamierza natychmiast reagować na każdy krzyk człowieka i wcale nie chce usuwać przeszkód z drogi naszego życia. Ułatwianie życia człowiekowi nie jest Jego zadaniem. Nie może pozwolić, by człowiek sprowadzał Go do roli służącego. Gdyby się na to zgodził, uczyniłby człowiekowi wielką krzywdę. Dzisiejsza uroczystość jaśniej niż inne mówi nam o ewangelicznym podejściu do Boga. To nie On jest naszym sługą, lecz my Jego sługami. To nie my mamy Go wzywać, wskazując, co ma robić, ale to On ma nas wzywać i polecać wykonanie zadania. On jest Królem, Panem, my Jego sługami. W tej sytuacji staje się jasne, że On nie tylko nie jest od usuwania przeszkód jawiących się na drodze naszego życia, lecz właśnie od ich stawiania. On bowiem traktuje przeszkody jako pewne zadania, które trzeba wykonać, licząc na naszą dojrzałość, objawiającą się w umiejętności pokonywania tych przeszkód. Owszem, potrzebna jest Jego pomoc, potrzebna i nasza modlitwa, ale nie do usunięcia przeszkód, tylko do ich pokonania, nie do ułatwiania życia, lecz do zwyciężania.
|